OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
previous arrow
next arrow
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
previous arrow
next arrow
Shadow
Foto: Alek Nebelski, Asia Pajkowska
Warszawa 19.01.10

Asia Pajkowska, po ukończeniu 8 stycznia 2009 roku samotnego rejsu dookoła świata w najlepszym w historii polskiego samotnego żeglarstwa czasie 198 dni – rejsu zwieńczonego I Nagrodą Rejs Roku i Srebrnym Sekstantem, znowu wyrusza w długi rejs, prawie dookoła świata. Tym razem nie płynie jednak sama, ale we dwoje, z Alkiem Nebelskim. Rejs będzie prawie dookoła świata, gdyż zaczyna się z Florydy, przez Kanał Panamski i Pacyfik, a zakończyć ma się na Adriatyku. Na Florydę Asia i Alek wylatują już 24 stycznia 2010. Rejs odbędzie się na znanym już Asi jachcie mantraASIA – i dla tego jachtu będzie to już trzecie pełne kółko dookoła świata w ciągu 5 lat.

 

St. Petersburg, Floryda 27.01.2010
Na Florydzie umiarkowanie ciepło, w dzień 15, w nocy 5 stopni. Od dwóch dni pracujemy na jachcie. Jednak znalazło się trochę czasu, by Asia poprowadziła osobiście samolot! Ale o tym zaraz: najpierw, zaraz po przylocie, natychmiast do mariny. Po rocznym postoju w stoczni na Florydzie MantraASIA wygląda bardzo ładnie, ale roboty na jachcie jest jednak mnóstwo. Najważniejsze, to naprawa przerdzewiałej piety masztu – na szczęście, gotowe do wymiany elementy, wykonane w stoczni przez Andrzeja Armińskiego, przywieźliśmy ze sobą – trzeba jednak będzie podnieść na dźwigu maszt, wyciągnąć kable, odciąć przerdzewiały dolny kawałek, założyć nowa pietę… Uff, dużo roboty – zdjęcia z pierwszej inspekcji MantryAsi. Do pracy ruszyliśmy z ogromną pomocą życzliwych i pomocnych jak zwykle polskich żeglarzy w USA, Kazika Bilyka, który opiekował się cały czas łódka, oraz Krzysia Grubeckiego. I to właśnie Krzysia samolotem, w ramach przerwy w pracy, lataliśmy nad Floryda, a Asia pobierała pierwsze lekcje pilotażu i samodzielnie sterowała Piperem 28R. A załoga wcale się nie bala! Sterowanie samolocikiem okazało się równie pasjonujące, jak sterowanie Mantra 28. I wrócić do celu tez się udało!

St. Petersburg, Floryda 03.02.10
Ciągle na Florydzie, w marinie w Sankt Petersburgu. Trwają prace przy jachcie. Maszt zrobiony, to była największa i najważniejsza robota. Zrobione zawory denne i pompy wodne, teraz walczymy z tratwa i jeszcze paru drobiazgami. Wodowanie zapewne w piątek lub sobotę, zależy od pogody. A ta na Florydzie tej zimy wyjątkowo ponoć paskudna: deszcze, chłodno, na jachcie spijmy z grzejnikiem, bo nocą spada do zaledwie + 5 C, w dzień cieplej. Marzymy o wyruszeniu w cieplejsze strony, w planach na początek Kuba.

Pozdrawiamy wszystkich, Asia i Alek

 

St. Petersburg, Floryda 05.02.10
Malo w Polsce chyba znane miasto Sankt Petersburg leży na południowym zachodzie Florydy, jakieś 50 mil od Tampy, i jest to ładne i spore, uniwersyteckie miasto. Ciekawie położone: leży, podobnie jak cala Floryda, na całkowicie płaskim terenie, na podmokłym terenie rozlewisk. Z Tampy do St Petersburg jedzie się po liczących po kilkanaście mil groblach i mostach nad Zatoka Tampa; wygląda to niesłychanie ciekawie: jedziesz autem, a wokół przez kilkanaście mil woda i woda, jakbym jechał autem po morzu. W samym centrum miasta 3 wielkie mariny, do jednej z nich wpływamy po wodowaniu. W St Petersburg poznaliśmy wielu znakomitych polonijnych żeglarzy, niesłychanie pomocnych: mieszkaliśmy u Kazia Robaka („Pogoria”, „Szkoła pod żaglami”), ogromną pomocą przy pracach remontowych służyli Kazik Bilyk, Krzyś Grubecki i Rychu Ratajczak, a Kaz Bilyk dodatkowo dzielił się z nami swoja ogromna wiedza o akwenie, na którym przyjdzie nam wkrótce żeglować. Ogromne dzięki dla wszystkich przyjaciół-żeglarzy z St.Pete!

Asia i Alek

 

St. Petersburg, 06.02.10
Dziś odbyło się wodowanie, mantraASIA już na wodzie! To duży krok do przodu, ale w wodzie powychodziły nowe problemy: pompy wodne ciekną, czeka nas dodatkowa robota. Ale najważniejsze, ze łódka już na wodzie, teraz już mieszkamy na jachcie, choć jeszcze ciągle w stoczni, gdzie pewnie postoimy jeszcze parę dni, aż zrobimy to, co cieknie. Wczoraj nie mogliśmy wodować, chociaż byliśmy już do tego przygotowani, bo przez St. Petersburg przechodziła trąba powietrzna. Wichura zdewastowała centrum handlowe; dziś tez wieje silnie i jest chłodno, ale słonecznie. Jak się uspokoi i zrobimy przecieki, pójdziemy na kotwice, potem zakupy, i w drogę?

Ahoj!, Asia i Alek

 

9.02.10
Jutro rano wypływamy! Nareszcie! Jeszcze raz wyjęliśmy z wody mantreASIA, i poprawiliśmy cieknący zawór w kiblu (tzn., poprawił Rychu Ratajczak, zajęło mu tylko godzinne wyjąc zawór, naprawić i wkręcić z powrotem, a kolejny nowo poznany przyjaciel Jacek Wierzbicki załatwił, ze wyjecie jachtu mieliśmy za frico! Zawsze można zrobić jeszcze cos i jeszcze lepiej na łódce, ale czas wypływać! Chyba wszystko działa, jesteśmy ogromnie mile zbudowani pomocą i sympatia tylu fantastycznych ludzi, których przecież dopiero, co poznaliśmy i polubiliśmy tu na Florydzie. Na pewno będziemy chcieli wrócić jeszcze na Florydę, do St Petersburga: w tym rejonie liczącym ok. 3 mln ludzi, mieszka aż ok. 200 tys. Polaków – i wszyscy, których poznaliśmy, byli ogromnie sympatyczni i pomocni. Trochę długo tu staliśmy, wiec na razie rezygnujemy z Kuby, i kurs na Cartagena, Kolumbia – ok. 1200 mil. Będziemy pisać z lodki.

Uściski, Asia i Alek

 

10.02.10
Nareszcie w drodze! Wyszliśmy z ST PETERSBURGA o g. 11:29 LT (17:29 PL ), żegnani serdecznie przez cały Komitet Pomocy Asi i Alka, osobiście cumy oddali Kazik Robak, Rychu, Jacek i Janusz, (będą foty), telefonicznie Kazik Bilyk i Krzyś Grubecki. Warunki N-NW 25-27, czyli żegluga baksztagiem, zimno 9 st. – tyle mieliśmy w listopadowym rejsie do Anglii, ale teraz nie mamy ciepłych rzeczy – wszystko oddaliśmy na lotnisku w Warszawie, przecież lecimy na Florydę, gdzie pomarańcze rosną na ulicach. Na szczęście, Janusz Urbańczyk zdążył dziś rano dowieźć worek ciepłych swetrów i polarek. Wszyscy przyjaciele z KPA&A twierdza, ze tak chłodnej zimy nikt tu z nich nie pamięta! A pomarańczy cale worki z przydomowych ogródków dostaliśmy na rejs od KPA&A. Na morzu, po wyjściu z Tampa Bay, wiatr nadal silny i szkwały, fala 3-4m z tylu, i nadal chłodno, choć słonecznie, w nocy gwiazdy – nosimy po 5 warstw swetrów od Janusza i Zosi. Żegluga szybka ponad 6 węzłów, czasami ponad 7, kurs 200st na W cypel Kuby.

Ściskamy, A&A

 

Zatoka Meksykańska 13.02.10
MANTRA ASIA PRZESZLA PRZEZ SZTORMOWY FRONT NA ZATOCE MEKSYKANSKIEJ, KTORY BYL BARDZO WREDNY ALE SZYBKI.
To niektóre fragmenty opisu Alka :
13.02.10 Silny sztorm dopadł nas wczoraj, tj. w piątek, i walczyliśmy przez cala miniona noc. Na szczęście, 2 godz. wcześniej Kazik dal nam prognozę (telefonem satelitarnym, pożyczonym od Roberta Krasowskiego) i zdążyliśmy założyć 3ci ref na grocie i zrolowaliśmy foka. Zaczęło się od 40w, po 2 godzinach nadchodzi czarna ściana – i z niej ok. g. 16 uderzyło z 60 – 70 węzłów, nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Ulewa padała poziomo, waliła po twarzy jak grad, widoczność 50m. W sumie, sztorm trzymał ze 12 godzin. Teraz do środy wspaniała pogoda wiatry do 15 węzłów z N ale na drodze Yucatan Channell i prądy z Morza Karaibskiego (na zdjęciu). Potem już tylko Morze Karaibskie na południe, „ Bo tam jest Cudnie”. Wiatr tężeje błyskawicznie i łódka równie błyskawicznie ostrzy z prędkością 7 – 8 węzłów, fala rośnie w oczach, trwa walka na rumplu by nie dopuścić w tych warunkach do niekontrolowanego zwrotu przez sztag, bo nie wiadomo, co może się stać, nigdy czegoś takiego nie przeżyliśmy, nawet nie wiedziałem, ze mam aż tyle siły żeby to utrzymać; kręcimy się nie pilnując kursu byle utrzymać najlepszy kurs do wiatru i fali, po jakichś 3 kwadransach wiatr słabnie do ok. 40 w, na 3cim refie z prędkością 5-6 węzłów połówką walimy we właściwym kierunku. Połówka okalała się w tych warunkach najlepszym, relatywnie najspokojniejszym kursem. Fala 5-6m, w nocy ciemno i nie da się jechać na fale, wiec, co i raz któryś dziad nas zalewa, wiatr ciągle 40w, i tak trwało aż do rana – w sumie, sztorm trzymał ze 12 godzin. Teraz uspokoiło się do zaledwie 20 w, ale nadal wozi nas bardzo wysoka fala, 5 – 6m. Na szczęście zrobiło się ciepło, w nocy na 2-3 sweterki pod sztormiakiem, teraz w dzień wystarczy już sam T-shirt. Dopiero ok. południa rozrefowaliśmy się, mimo wciąż wysokiej fali daje się jechać na autopilocie. Ok. g. 19 zbliżamy się do Cabo San Antonio (na Kubę jednak nie wchodzimy, zmiana planów bo czas nagli), potem płyniemy dalej w kierunku Panamy i archipelagu San Blas.

Łódka spisała się super! Suszymy się, i pozdrawiamy, A&A

 

Morze Karaibskie,15.02.10
15.02. Poniedziałek, godz. 1000(FL), 1600(PL), poz. 18 st.43,3 N, 83st.26,43 W. Tak sobie analizuje sztorm, który przeżyliśmy 3go dnia żeglugi, i jako były prezenter pogody TVN Meteo dochodzę do wniosku, ze jest to bardzo prawdopodobne, ze obok zwykłego sztormu mieliśmy tez trąbę powietrzną. Bo tak: od dwóch godzin trwał normalny sztorm z wiatrem ok. 40 węzłów, gdy nagle przyszło uderzenie wiatru 60 węzłów ( i potworna ulewa), prędkość wiatru błyskawicznie rosła do 70w, może i więcej, już nie tym się zajmowaliśmy; ten wiatr bardzo ostro i ciasno kręcił w prawo i rósł w sile ( a właśnie w prawo kreci wiatr w trąbie na tej półkuli; mimo walki na sterze łódka strasznie ostro wciąż kręciła do wiatru i nie dawało się wyjść z tego kręciołka i w końcu wyszedł niekontrolowany zwrot przez sztag, nim zdołałem skontrować, pędziliśmy już połówką przeciwnego halsu, z falą z tylu – i okazało Się, ze w ten sposób jest znacznie łatwiej walczyć z wiatrem. I po ok. godzinie ten wiejący 60-70 węzłów wiatr, tak jak nagle przyszedł, to teraz nagle się skończył – został tylko zwykły sztorm 40 węzłów, w którym już normalnie, klasycznie sztormowaliśmy przez następne ok. 10 godzin. Wg teorii, trąby powietrzne powstają, gdy nad nagrzana powierzchnie ziemi lub morza nadchodzi masa znacznie chłodniejszego powietrza. Woda w tym rejonie miała ponad 20 st. C, a nad Floryda przechodziły bardzo chłodne fronty: w dzień temp. powietrza wynosiła tylko 9 st. Wiec warunki były. Fakt, ze nie widzieliśmy charakterystycznego dla trąby powietrznej leja, ale może jak się jest w środku to tego nie widać? Nie wiem, wiem za to, ze ani Asia, ani jak nigdy w swoim żeglarskim doświadczeniu nic takiego nie przeżyliśmy. A teraz, od wczoraj żeglujemy w przecudownych warunkach, bejdewindem ENE 18 węzłów we właściwym kierunku (czyli 160 st., na kolumbijskie wysepki Providencia i St Andres), ciepło – cala dobę bez ubranek (fotek nie będzie…) – mniam, mniam, oby tak dalej!

Cieplutko pozdrawiam, Alek (i Asia)

 

16.02.10
Na dzisiaj żegluga przyjemna, ciepło nawet w nocy. Wiaterki jednak 15 do 20 węzłów ale z północy, prędkość ponad 5 węzłów przebiegi koło 135 mil na dobę. Na razie zmiana planów i cel San Blas Islands chyba ze po drodze się zmieni pogoda. Do San Blas niezależnego państwa Indian Kuna około 500 mil stamtąd już rzut kamieniem do Panamy.

 

Zatoka Meksykańska 20.02.10
20.02., 1330 ( FL), 1930 (PL); kotwiczymy poz. 9st., 35,728N, 78st. 46,423W, koło Cayos Hollandese, archipelag San Blas. Paradiso! Po przejściu rafy szerokim i bezpiecznym wejściem, stoimy teraz na spokojnej i super przejrzystej wodzie, na głębokości 15m. Wyspa pochodzenia rafowego, pełno resztek rafy, porośnięta palmami kokosowymi, z biała plaża z piasku z martwych korali. Na kotwicy, obok nas, 6 innych jachtów: 3 czartery, oraz Włosi i Belgowie. Upały, słonce, musieliśmy postawić daszek przeciwsłoneczny. Winko, niestety, ciepławe, to jedyny minusik tego paradiso. Ostatnie 2 dni to żegluga w doskonałych warunkach. San Blas, to należący do Panamy archipelag ok. 300 wysepek, z których San Blas należy do większych: obeszliśmy ja dookoła w półtorej godziny. Na wyspie wioska Indian Kuna: szok, bo to, co widzimy, to czasy sprzed konkwisty: Indianie Kuna, to najmniejszy po Pigmejach naród na świecie, na San Blas i we wschodniej części Panamy żyje ich ok. 50 tys. (1/10 tego, co przed konkwista), żyją wg własnego plemiennego prawa, z wodzami na czele wioski, mając szeroka autonomie od Panamy. W wiosce chaty z liści palm kokosowych, nie ma prądu ani wody, zżyją z palm kokosowych (każda palma na ich terenie ma właściciela, i nie wolno zbierać kokosów nawet tych leżących pod palma) ORAZ OWOCOW MORZA (MUSZLE, HOMARY) – nikomu obcemu tez nie wolno na ich terenach łowić owoców morza. Bardzo przyjacielscy, podobno nie istnieje wśród nich żadna przestępczość. Dłubanymi z jednego pnia palmy czółnami podpływają pod kotwiczące jachty i nie nachalnie próbują sprzedawać lobstery i wyroby rękodzielnicze. Choć prądu nie ma, mają, oczywiście, telefony komórkowe! A układ jest taki: dłubanka podpływa pod kotwiczący jacht, wręczają ci komórkę do naładowania, a rano wracają po komórkę z …lobsterem, jako zapłatą! Czyli, są tu najtańsze homary na świecie! Łazimy po plaży i wśród palm kokosowych, kapiemy się w bardzo cieplej wodzie. Stoimy tu także następnego dnia (niedziela), a w poniedziałek wypłyniemy dalej, poprzez liczne wysepki archipelagu do miasteczka Kunow.
Rio Diablo, ok. 30 mil od naszej wyspy. Właściwie, to szkoda opuszczać ten raj!

Cieplutko pozdrawiamy, A&A

 

22.02.10
22.02., 1330 (FL time, a także Panama Time), poz. 9st. 26,646N, 78st. 34,944 W Stoimy na kotwicy u ujścia Rio Diablo, przy miasteczku Indian Kuna Naranga. 3 godziny wcześniej odpłynęliśmy spod wyspy Cayo Hollandese. Żegluga na silniku, bez wiatru, upal potworny. Naranga, to położone na wysepce tuz przy stałym ladzie przedziwne miasteczko-slumsy: brud i śmieci wszędzie, Kuna żyją tu zarówno w ohydnych budynkach z betonu, jak i w swoich chatach z liści palm kokosowych. Ale mimo slumsowatego wyglądu, ludzie w miasteczku wydają się happy, na luzie. Liczne mini-sklepiki i bary otwierane na życzenie klienta. Są bulki, piwo, wino, benzyna. Jest Federiko, który pamięta Tomka Zydlera. I Omero, piekarz, który wie, ze stolica Polonii jest Varsovia. Taka uwaga: Indianie Kuna żyją w matriarchacie, to kobieta wybiera partnera, i on przeprowadza się do chaty jej rodziny. A z drugiej strony, jest to społeczność całkowicie normalnie akceptująca homoseksualizm: są tu regularne parady mężczyzn przebieranych w kobiece stroje. To wydaje się potwierdzać moją nieśmiałą tezę (autor, Alek N., copyright), ze homosex rozwija się wtedy, gdy kobiety staja się zbyt dominujące i faceci zaczynają się ich zwyczajnie bać. A okazuje się, ze obszar autonomii Indian Kuna jest w całym świecie wśród społeczności gejowskiej bardzo znany, jako wyjątkowo akceptujący, stad sporo tu jachtów z załoga dwóch facetów, choć to niby nie ma nic do rzeczy. Pontonem popłynęliśmy w dżungle rzek Diablo. Podobno w dżungli są małpy, ale tym razem nie widzieliśmy. Jutro rano ruszamy stad, bo tu jednak dość syfiaście, wiec jutro jakaś kolejna wysepka z archipelagu S.Blas na kąpiele, a potem kierunek Porto Bello.

Ciao, bellisimi! A&A

 

San Blas, 23.02.2010
Wtorek, 23.02., rano skoro świt opuszczamy Rio Diablo (poz. 9 26,64N; 78 34,94W) – w południe rzucamy kotwice w istnym raju, na rafie koło wysepki Isla Perro, poz. g. 1200 FL 9 33,444N 78 52,677W. Rio Diablo zasługuje na swoja nazwę, i powinno to być umieszczone we wszystkich locjach: po zachodzie słońca z dżungli wokół rzeki pojawiają się chmary gryzących muszek. Dlatego, do miasteczka, położonego u ujścia rzeki na dwóch wysepkach Nagrana i Coraz on de Jezus należy wchodzić za dnia, zrobić niezbędne zakupy i przed zachodem odpływać na kotwice pod któraś z setek prześlicznych, rajskich wysepek archipelagu San Blas. Najbliższa, jest w odległości godziny żeglugi. Corazon de Jezus znaczy Serce Jezusa – tymczasem takiego syfu i brudu jak w miasteczku na tej wysepce nie widzieliśmy nigdzie chyba na SWIECIE: na uliczkach z domkami Kunow z liści palmy kokosowej, poniewierają się niewiarygodne ilości wszelkiego rodzaju śmieci, w torbach i luzem. Federico, poznany przez nas znajomy Toma Zydlera pali śmieci, ale to beznadziejna robota. A Kunowie, bardzo przyjacielscy, nie widza chyba nic zlego w zyciu na tym wysypisku śmieci. Rano liczne dłubanki płyną w głąb rzeki, w dżunglę – ludzie maja tam prace na plantacjach bananów. Natomiast archipelag San Blas, to istny raj, doceniany już przez żeglarzy z całego świata: pod każda z setek kokosowych wysepek, wprost na kolorowej rafie, kotwiczy po kilka-kilkanaście jachtów; ruch tu jak na wodach Chorwacji czy Grecji: w dzień pływa się od wysepki do wysepki, na kotwice, i rano do następnej wysepki czy rafy. Upal, wiatru nie ma, silnikujemy. Rzucamy kotwice w samo południe, wprost na rafę u wysepki Isla Perro. Nikomu tu nie przeszkadza, ze jachty rzucają kotwice na żywą rafę. Maska i fajka i snorkeling na zupełnie rajskiej, bajecznie kolorowej rafie: kolorowe korale o rozmaitych, fantazyjnych kształtach, kolorowe rybki – klasyczna rafa! wyprawa wpław na rajska wysepkę, tam agroturystyka: można wynająć kokosowa chałupę Kunow na wakacje. Przed wieczorem opuszczamy cudowne San Blas – w kierunku Portobelo, ok. 50 mil.

Upalnie pozdrawiamy, A&A

 

Panama-Colon, Portobello, 24.02. 2010
2402, g. 0750 (FL), 1350 (PL), rzucamy kotwice w Portobelo (tak ta nazwa się pisze); poz. 9 33,33N, 79 39,57W. Przepiękna, zielona głęboko wcięta w lad zatoczka, idealny naturalny port. Na zboczach gór schodzących w dół do zatoczki dżungla. Miasteczko (na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO), dziś resztki dawnej świetności, 3 tys. mieszkańców i wygląda jak mocno zaniedbana wioska. Dawniej, to było centrum, skąd Hiszpanie wywozili do kraju zrabowane w Ameryce i zwożone właśnie w Portobelo złoto i srebro: w istniejącym do dziś wielkim magazynie trzymano złoto, a sztaby srebra po prostu leżały, niepilnowane, na ulicach. To złoto i srebro, to Holocaust kultury Indian Ameryki Łacińskiej: to przetopione przez prymitywnych konkwistadorów setki tysięcy dziel sztuki, zamienione na święte bogactwo białej rasy w postaci sztab metalu. Z czasów rozkwitu miasteczka, jest wspaniały, wielgachny, choć prosty w konstrukcji kościół z cudowna (podobno) figura czarnego Jezusa, tak czarnego, jak większość tutejszych mieszkańców (na ulicach potomkowie czarnoskórych niewolników, Indianie Kuna oraz nieliczni biali, wśród nich poznaliśmy Litwina Pablo). Ulice tej mizernej wioski wybrukowane elegancko ozdobnie układanym brukiem. 4 spore supermarkety, prowadzone przez Chińczyków, właściwie wszystko do kupienia. Domki mieszkalne jak slumsy. Szereg restauracyjek, ale na ogol zamknięte – czas rozkwitu miasteczka, to październik, doroczne święto Czarnego Jezusa, gdy przybywają tu dziesiątki tysięcy pielgrzymów. Portobelo to wszystkiego 20 mil do Colon, autobus, co poł godziny – ale, w przeciwieństwie do Colon, tu jest sympatycznie i podobno bezpiecznie. W dzień upal nie do wytrzymania, żyć daje się dopiero wieczorem, kiedy to piszemy. Jutro rano do Colon, zobaczymy, co tam słychać w sprawie przeprawy przez kanał. Chyba jednak wrócimy do Portobelo, by to tu przeczekać do wyznaczonego terminu przeprawy – tak robi tu wiele jachtów, i słusznie, bo w Colon jest okropnie.

Pozdro, A&A

 

Colon, 25.02.10
Jesteśmy w Colon, poz. 9 22,123N, 79 57,03W, Shelter Bay marina. Najpierw kotwiczymy u wejścia do mariny, potem każą nam wejść, stoimy przy keji, drogo tu i daleko do miasta. Zmiany przy przechodzeniu kanału: Panama Yacht Club już nie istnieje, wiec nie ma innego miejsca – ale okazuje się, ze jest wyjście, i jutro staniemy na kotwicy na tzw. Flats, przed dawnym PYC, a stamtąd pontonem, z działającym już (odpukać!) silnikiem na brzeg i już się jest w samym centrum Colon, gdzie załatwia się sprawy związane z przejściem kanału, i robi zakupy. Tyle, ze nie ma ani pryszniców, ani pralni – to załatwiliśmy właśnie przed chwila tutaj. Spotkaliśmy tu od razu Polaka, Karola, który od 2och lat podróżuje na różne sposoby po Ameryce Łacińskiej,
teraz pracuje na lodkach w marinie i pomaga przeprowadzać jachty przez kanał, oraz Gosie, która z mężem Anglikiem Simonem płynna dookoła świata i jutro idą przez kanał. A wcześniej, na ostatniej z wysepek San Blas, podpływa do nas dinghy i wita po polsku: to Adam, z Waszyngtonu, właśnie zrobił doktorat i z dwójka kumpli tez płynna dookoła, na 40stopowym 45-letnim jolu. W piątek zatem w Colon załatwiamy sprawy, w sobotę płyniemy bardzo niedaleko, do Rio Chagres, rzeki w dżungli, gdzie ponoć są małpy i w ogóle prawdziwa dżungla, Wracamy stamtąd w niedziele.

Pozdrawiamy, A&A

 

Rio Chagres, 27.02.2010
Stoimy w dżungli! poz. 9 17,854N 79 58,565W: kotwiczymy na Rio Chagres, 3 mile w głąb rzeki. Wokół dżungla! W dżungli małpy, leniwce (faktycznie, tak nieruchawe, ze przy nich koala wydaje się raczy jak zajączek), papugi, tukany, nietoperze, wielkie kolorowe motyle. Orchidee i bromilie na pniach palm, liany-dusiciele. Dżungla tak gęsta, ze nie da się wejść głębiej niż na 2 – 3 metry od brzegu. Zaskoczenie: w dżungli ciemno, cień – i chłodno! Tak chłodno, ze po 10 minutach, dla ogrzania się, trzeba wejść do cieplej wody! A jeszcze przed chwila, w upale na pokładzie, wchodziliśmy do tej samej rzeki, zęby się schłodzić. Żegluga po rzece bezpieczna, głębokość 14m, ale wejście trudne: mielizny i rafa – koniecznie trzeba mieć szczegółowy planik wejścia (takie planiki są w przewodnikach żeglarskich po Panamie, i u Tomka Zydlera, i u Erica Bauhausa). Wejście do rzeki ok. 7 mil od falochronu portu Colon. Z Colon uciekliśmy na weekend, bo i tak najwcześniej w poniedziałek przyjadą robić pomiary niezbędne do przejścia kanału. Rio Chagres to super miejsce do oczekiwania na przeprawę. W Colon, po 1 dniu opuściliśmy Shelter Bay Marina: potwornie tam drogo ($47 za dobę!, piwo 2,40 – w mieście 0.80), i właściwie nic w zamian, a do miasta bardzo daleko, taxi $20. CENNE RADY: nie wierzyć zapewnieniom władz portowych na VHF, ze tylko w Shelter Bay można załatwić wszystkie formalności; załatwić można, tylko i wyłącznie opłatę za postój w marinie, zajmuje to ponad godzinne, bo pani bardzo wolno wypełnia stosy niepotrzebnych papierów. NIGDY DO SHELTER BAY! Tak jak my: poszliśmy na kotwicowisko the Flats, blisko miasta, w pobliżu dawnego, zlikwidowanego już Panama Yacht Club. Na Flats, obok nas, stało 13 jachtów. To stad można załatwić wszystkie formalności, tu przypływają agenci oraz tu robią pomiary, do miasta pontonem blisko, ponton zostawia się bezpiecznie przy resztkach keji PYC i przez bramę portowa (trzeba mieć ze sobą paszport!) można wyjść do miasta. W mieście można załatwić samemu formalności immigration i kanałowe, ale lepiej i szybciej wziąć agenta, GORACO POLECAMY: Ellington, (zwany Duke, tel panamski 67298223), w ciągu jednego przedpołudnia załatwił nam wszystko, za $30. Duke zna angielski, zna wszystkie panie w stosownych biurach, Duke jest taxi driver wiec wozi Cię od biura do biura i wszystko załatwia migiem, można po niego tez dzwonnic jak się chce taxi, np. do shopping centre ($2). Duke załatwiał Asi formalności jeszcze na jej samotny rejs 2 lata temu, a teraz, pierwsza taxi, do której podeszliśmy – to właśnie Duke! (można się powoływać na Little Polish Blond Lady Around the World). Wieczorem z dżungli wokół nas dobiegają dość przerażające wycia stad małp (chociaż są to małe, niegroźne małpki, zwane howlers), i wrzeszczenie papug. Potem, w nocy, wszystko się uspokaja, cichnie, ciągle ciepło, spanie nago na pokładzie, nad głową Orion, z jednej strony Wielka Niedźwiedzica (brrr!), z drugiej Krzyż Południa, nad masztem księżyc w pełni. Wow!

 

28.02., Rio Chagres
Rano na Rio Chagres budzą nas wycia małp i wrzaski papug. Jest super! Pod wieczór trzeba będzie jednak wrócić do Colon, na kotwice na Flats: pomiary. Asia wylatuje do Polski 3go, zęby odebrać przyznaną jej za jej samotny rejs dookoła świata na mantrzeASIA nagrodę REJS ROKU i Srebrny Sekstant. Gala odbędzie się w Gdańsku w Ratuszu, -5tego marca. Przelot z Panamy i powrót zafundował Asi budowniczy MantryASIA i organizator Asi samotnego rejsu, kpt. Andrzej Armiński.
Przypomnijmy, w styczniu 2009 w Panamie Asia zamknęła wokółziemska pętle, i po 198 dniach samotnej żeglugi dookoła świata zakończyła swój wymarzony rejs. Asia spędzi w Polsce ok. 2 tyg., w tym czasie Alek będzie załatwiał sprawy związane z przejściem kanału i zaopatrzeniem jachtu na dalszy rejs. Stać będę na kotwicowisku Flats, gdzie już poznaliśmy szereg załóg innych stojących tam jachtów: panuje tam doskonała atmosfera, a na jachtach mamy prawdziwych żeglarzy, ciekawych ludzi ( w przeciwieństwie do mariny Shelter Bay, gdzie panują nadęci bogacze z wielkich portowych jachtów, nb., napuszeni Francuzi nabijają się z naszego ulubionego pysznego chilijskiego Cabernet w kartonikach, nazywając je Chateaux Carton – tymczasem to ich Chateaux Gowno-Gowno to dopiero kwasieloty).

Pozdrawiamy, A&A

 

Panama 02.03.10
02.03., wtorek, od wczoraj stoimy na kotwicy na the Flats, poz. 09 20,669N, 79 54,498W i postoimy tu 2 tyg., data przejścia przez kanał zaklepana – 22.03. – po Asi powrocie z PL. Będziemy przechodzić z pomocą załogi jachtu amerykańskiego William T. Piquet (wcześniej, 20tego, my im pomożemy – chodzi o to, ze na każdym jachcie podczas przechodzenia kanału musi być 5 osób). Ci Amerykanie, to jacht, który spotkaliśmy jeszcze na San Blas, z polsko-amerykańskim kapitanem Adamem Domańskim, bardzo fajna młoda załoga, oni tez idą dookoła świata www.eyeotw.org. W ogóle, na kotwicowisku Flats spotyka się super ciekawych ludzi na rozmaitych jachtach, które tu czekają na kanał. Wczoraj byliśmy na wielkim brazylijskim jachcie Fraternidad: jego szerokość równa się prawie naszej długości! Kapitan, brazylijski Rosjanin Alexiej Below (ur.1943, Zachodnia Ukraina), gada z nami po rosyjsku i jest z tego powodu super szczęśliwy; już 3 razy samotnie okrążył świat na łódce 36ft, teraz żegluje z 8-osobowa załoga. Jak wszyscy na the Flats, to super fajni i ciekawi ludzie; Alexiej płynie na wybudowanym własnym sumptem jachcie z PODNOSZONYM MIECZEM!!! Miecz wazy
13 ton, i z mieczem maja zanurzenie 5m, bez miecza 3m! www.aleixobelov.com.br. Przechodzą kanał w czwartek, ale na pewno się jeszcze spotkamy gdzieś na trasie! W ogóle, the Flats – w porcie Colon, czyli u wejścia do kanału od strony Atlantyku, spotyka się to, co super ciekawe w tych wokółziemskich rejsach, super fajnych i ciekawych ludzi. Ja (Alek) podczas Asi pobytu w PL trochę tu postoje, to pewnie jeszcze wielu takich poznam. Na the Flats (super fajne i ciekawe miejsce) pływa się od lodki do lodki i spotyka ciekawych ludzi na ciekawych lodkach. Do ciebie tez sami przypływają, a poza tym można gadać z innymi jachtami na kanele 74. Dostaniesz tam wszelkie porady. PORADY: ponieważ nie ma już Panama Yacht Club, to właśnie na the Flats stoi się i stad załatwia wszystkie sprawy. Pontonem do portu ok. pół godziny, tam bezpiecznie zostawia się ponton, 200m piechotka i już jesteś w środku miasta Colon (strasznie zdewastowane, niebezpieczne, aczkolwiek widać resztki dawnej świetności – generalnie, wymarłe i wypalone budynki z bogata dekoracja frontów wyglądają jak stara warszawska Praga, tylko jeszcze 100 * gorzej). Teraz, UWAGA! w XXI wieku zaplata za kanał uiszczana jest GOTOWKA!!! (my,$1,500, w tym kaucja $890, którą oddadzą za 3 tyg., jeśli podczas przejścia przez kanał nie zdewastujemy go). Ciekawe, jak to zorganizować i nosić ze sobą w tak niebezpiecznym mieście taka kasę w kieszeni! Otóż, generalnie, idzie się do położonego tuz przy wejściu do portu banku HSBC, gdzie po odstaniu w kolejce można dostać $1000 na jedna kartę, ale na nasze karty nie chcieli wypłacić, tylko „contact your bank”, haha, dzwon teraz do Polski czy do Australii, sytuacja super dramatyczna, mamy forse na koncie ale bank nie chce jej nam dać! wiec zdesperowani poszliśmy na zimne piwo do shopping centre Colon 2000 (ważny adres, blisko, tylko 10 min. piechotka od portu, tam robi się zakupy i wracasz taxi za $1), i tam, o dziwo, bez żadnych pytań ATM wypłacił nam bez problemu na jedna kartę 3X po $500, czyli udało się! Potem z kasa w kieszeni trzeba iść (pojechać taxi za $1) do City Bank, tuz koło wejścia do portu, gdzie w City Bank wpłaca się te kasę, i potem tego samego dnia wieczorem dzwonisz na podany nr i ustalasz datę przejścia. Depozyt, ok. $890, po 3ech tyg. zwrócą ci na konto, ale musisz podać m.in. bankowe numery SWIFT/BIC i IBAN twojego banku. Wiec weź te dane ze sobą przed wypłynięciem. Generalnie, sprawy z płaceniem można załatwić przez agenta (Tito, w porządku gość, oplata za wszystko, włącznie z papierami i wożeniem Cię na/z kotwicy do miasta i taxi po mieście $100, tel. 646 35009, czyli drogo, Amerykanie czyli Adam go wyjęli, ale my załatwiliśmy papiery z pomocą Ellingtona, 30USD, tel. 67298223, a sprawy kasz sami i udało się. To tyle na razie, bo upal straszny, mimo ze już wieczór.

Asia i Alek

 

Panama 04.03.10
Asia dotarła właśnie do PL, poleciała odebrać liczne nagrody, w tym tą najważniejszą w polskim żeglarstwie: I Nagrodę REJS ROKU i Srebrny Sekstant, za jej samotny rejs. Nagroda wręczana będzie jutro, 5-tego, w zabytkowym hallu gdańskiego ratusza. Tradycyjnie, wielka gala z transmisja tv na żywo. Asia będzie robić za Gwiazdę, i słusznie. Ja tymczasem z MantraASIA stoję na kotwicy na the Flats w porcie Colon, robię wycieczki pontonem do miasta, i poznaje ludzi na kotwicowisku. Obok kotwiczy amerykański jacht William T Piquette, z S.Virginia, 40ft, 45 lat. Na nim trzech młodych chłopaków, płynna dookoła świata, kapitan Adam Domański, ur. w USA, ale z polskiej rodziny i świetnie mówi po polsku. Oni będą szli przez kanał 20-go, z naszą pomocą, a my
22-go, z ich pomocą, jako że w Kanale na jachcie musi być min. 4 osoby załogi. Ja tak pisze o tych upałach które tu mamy, tymczasem obejrzeliśmy foty z tradycyjnej zimowej imprezy naszego Warszawskiego Yacht Clubu u Gieni Moczydłowskiego, i aż nam zazdrość! taka fajna imprezka, no i tak tam u Was pięknie, zimno, śnieg, cudownie jest także u nas w domku w Puszczy, gdzie teraz mieszka mój bratanek Michał. Jak pisze, zostawiają auto u Asi taty, bo dalej nie da się dojechać, przypinają narty i biegną 1km do domu, a po drodze spotykają łosie, sarny, zajączki – pięknie, wcale nie gorzej niż te małpy w dżungli. A ze zimno, to trzeba się odpowiednio ubrać, a na upal nie da się nic więcej zdjąć a i tak gorąco. Teraz akurat leje, bo w Panamie zaczęła się pora deszczowa. Polega to na tym, ze przez godzinne leje jak z cebra, a potem znowu gorąco i wilgotno.

Pozdrawiam, Alek

 

8.03.10, Colon
MantraASIA ciągle kotwiczy na the Flats, w porcie Colon. Asia bryluje jako Gwiazda w PL, otrzymała Srebrny Sekstant, to jest prawdziwy sekstant, można robić pozycje ze Słońca, ale myślę, ze będziemy po staremu korzystać z GPS. Ja na pokładzie i czasami jeżdżę do miasta, które wygląda strasznie, gorzej niż najgorsze dzielnice starej Pragi. Upal zelżał, na szczęście.

Pozdrawiam, Alek

 

09.03.10, Rio Chagros
„Znowu w dżungli! o 12.30 rzuciłem kotwice na Rio Chagres, trochę głębiej w rzekę niż poprzednio, poz. 09 16,833N, 79 57,853W. Już widziałem tukany, papugi, duże, czarne z szerokim żółtym pasem na skrzydłach, i mniejsze, kolorowe. Małpy wrzeszczą, ale na razie nie widziałem żadnej. Dużo orłów krąży nad tym rozlewiskiem, pewnie są ryby. Wyszedłem z Colon o 0830, w rzekę wszedłem o 11.30. To mój pierwszy rejs samotny, ale nie stałem się fanatykiem samotnego żeglowania. Postoje tu pewnie ze 3 dni, jest pięknie, nie ma innych jachtów, może jeszcze zgłasza się małpy. Upal do wytrzymania.

Pozdrawiam, Alek”

 

11.03.10, Rio Chagros
Widziałem małpy! Pełno, cale stado, ze 30 sztuk! Blisko, 5 – 15m ode mnie. Filmowałem je przez 2 godz. Podczas gdy Asia bryluje w Polsce, ja z Colon popłynąłem znowu do dżungli nad Rio Chagres (to wszystkiego 3-4 godz. żeglugi). Z kotwicowiska na Rio Chagres (ze 3km w głąb rzeki, jest to kotwicowisko polecane w locji Tomka Zydlera), na rozlewisku u ujścia innej, sporej rzeki, popłynąłem pontonem, na wiosełkach (taki tu spokój, ze nie wypada zakłócać go motorkiem), w goreć tej rzeki ze 2km, w kierunku gór. Szeroka ma 10-15m, wzdłuż rosną liczne egzotyczne drzewa i palmy, cale brzegi pokryte strelicjami, wiele z nich kwitnie, kwitną bananowce i bromilie na pniach drzew. W ogóle, po tygodniu od naszego pierwszego tu pobytu dużo więcej kwiatów w dżungli, bo tez zaczęła się już pora deszczowa (ale dziś ślicznie, słonecznie i upalnie – ale nie w dżungli, tam chłodno). Po godzinie skręciłem w niewielki potok, w kierunku, skąd dobiegały straszliwe wrzaski i wycia małp. I faktycznie, po 5 minutach jestem w środku wielkiej małpiej rodziny! Skakały mi nad głowa, ale chyba nie lubiły mnie, bo rzucały we mnie czymś i strasznie wrzeszczały. Gapiły się tez na mnie, a ja je filmowałem; są malutkie, mniejsze niż kot, główka wielkości piąstki dziecka. I pomyśleć, ze te małe małpki potrafią produkować takie potworne wycie, słyszane nad całą rzeką, wycie, jakby stado wilków wyło! Są ciemnobrązowe, głowa, pierś i góra ramion jaśniejsze, brązowo-żółtawe, ogon długi i skręcony. Wisza na nim, potrafią tez skakać po 15-20m z drzewa na drzewo. Były tez tukany (produkują dźwięk podobny do tarcia się dwóch nienaoliwionych powierzchni metalowych, ale są piękne, z tymi dziobami!), kolorowe motyle i mnóstwo innych kolorowych ptaków i kwiatów. Po 4 godzinach wróciłem na jacht. Aha, raniutko, jak pływałem wpław, to wynurzyła się ryba wielkości chyba wielkiego szczupaka!

Pozdrawiam, Alek

 

13/03 Colon, Panama
Znowu na kotwicowisku w porcie Colon, w tym samym miejscu co poprzednio. Upal tu ostatnio straszny, kapie się w morzu ( a właściwie w porcie, ale woda wydaje się być czysta, chociaż dziś jak płynąłem pontonem, to widziałem chyba rekina, dl. jakieś 1,20m) kilka razy dziennie, bo inaczej nie da się wyrobić. Postój na kotwicy w środku ruchliwego portu to tez ciekawe, ale jednak nie to samo co dżungla z małpami. Teraz czekam na Asie, robię zapasy na Pacyfik, drobne naprawy.

Pozdrawiam, Alek

 

14/03, Colon, Panama
Wydaje się, ze kotwiczenie w jednym z największych portów świata, to cos okropnego. Ruch, zgiełk, groza! Tak naprawdę, to cos bardzo ciekawego: to prawda, ze port pracuje okrągła dobę i cala dobę masz zgiełk związany z operacjami portowymi i ruch ogromnych statków, tak wielkich, ze nie przejdą przez kanał i rozładowują się właśnie tutaj, 300m od twojego jachtu! ale masz pewność, ze jesteś tu bezpieczny, tuz obok tych olbrzymów, do których normalnie nigdy nie zbliżyłbyś się na taka odległość. Mimo hałasu i zgiełku i świecących okrągłą dobę świateł wielkiego portu, tuz obok, na kotwicowisku, stoisz spokojnie i zacisznie, wokół 5-7 innych jachtów, z niektórymi szybko jesteś zaprzyjaźniony i wspólnie ciekawie spędzamy czas, z ciekawymi ludźmi, w miejscu, które wydawałoby się powinno być okropne. Z kotwicowiska do miasta trzeba płynąc ok. 500m do portu, tuz obok olbrzymów, zostawiasz dinghy w porcie i idziesz na miasto, i tam dopiero jest okropnie: upal, tłumy, czujesz się niepewnie. Ale nic, trzeba zrobić zakupy. Dziś bylem na mieście jako przewodnik z nowo poznanymi Amerykanami z Kalifornii, fajni, Wendy (ma MS, stwardnienie rozsiane, i żegluje!) i Bob, na katamaranie Proud 34. Z radością wróciliśmy do oazy spokoju, jaka jest kotwicowisko – powtarzam, położone w środku gigantycznego portu po twojej prawej burcie, a wzdłuż toru wodnego do Panama Canal po lewej (tak na ogol układają się tu wiatry), jednego z najbardziej ruchliwych torów żeglugowych na świecie. Cisza, to na pewno nie, ale jednak – spokój, aż dziwne, ale naprawdę spokój! i ciekawie, trochę dyskusji z Amerykanami, ja bylem u nich wczoraj, dziś oni u mnie, smażone banany na pikantnie, winko chilijskie, upal wieczorem zelżał, wiec zrobiło się super, kąpiel w wodzie wokół jachtu gdzie wiem, bo sam widziałem, ze są rekiny (ale maja pewnie ciekawsze potrawy niż stary WYCowiec), potem Amerykanie pontonem na swój jacht, a ja was, kochani,

pozdrawiam! Ahoj! Alek

 

23/03, Panama
Mantra Asia już na Pacyfiku po przejściu Kanału Panamskiego. Teraz tylko paliwo, woda i około 900 Mil do Galapagos. Western end of Panama Canal (Balboa) 8:55:00N 79:36:00W to Galapagos Islands 0:00N 90:30W Distance 842 nautical miles (1560 km w linii prostej)

Pozdrowienia, Kaz Bilyk

Poniżej relacja otrzymana bezpośrednio od Alka 23.03., g. 1445 (LT Panama) poz. 08 54,633N; 79 31,536W. To już Pacyfik! Przeszliśmy wreszcie Kanał Panamski, i stoimy na kotwicowisku La Pleita, w Balboa, u wyjścia z kanału i z Panamy. Na tym samym kotwicowisku ze 30 jachtów, po drugiej stronie grobli Amador, marina i jeszcze większe kotwicowisko. Tu, w Amador, ekskluzywnej dzielnicy na skraju Panama City od strony Pacyfiku, zupełnie inny świat niż w Colon. Bo Panama, to także pełne nowych, wyrastających jak grzyby po deszczu wieżowców w City(cos jak w Warszawie) i bogate rejony kraju gdzie mieszka pełno zamożnych amerykańskich emerytów. W kanał weszliśmy wczoraj, 22.03., ok. g. 1530. W ciągu godziny przeszliśmy przez system 3ech śluz, które w sumie podniosły nas 27 m ponad poziom morza. Potem, za godzinne, kotwiczenie na SLODKOWODNYM Jez. Gatun. Tam nocleg. Co za raj: kąpiele w słodkiej wodzie! w nocy wycie małp w dżungli otaczającej jezioro, i rano o 6tej w dalsza drogę: 4 godziny żeglugi przez bardzo urokliwe jezioro, z brzegami i wysepkami porośniętymi dżunglą. Potem, znowu system 3ech śluz, które teraz OPUSCILY nas 27 m w dół, do poziomu morza: rzecz w tym, ze będące częścią systemu Kanału Panamskiego Jez. Gatun jest górskim jeziorem, położonym wysoko nad morzem, i trzeba się tam wspinać poprzez system śluz. Bardzo to ciekawe. Początkowo Francuzi, którzy zaczęli budowę kanału, chcieli przeciąć masyw górski, jak np. w Kanale Korynckim (Grecja). Ale okazało się to nieopłacalne, lepsze wyjście zaproponowali Amerykanie i działa to do dzisiaj. Ponieważ podczas przechodzenia Kanału każdy jacht musi mieć 5-osobowa załogę, pomogli nam zaprzyjaźnieni młodzi Amerykanie Adama Domańskiego, z S/V William Piquet. Fajne chłopaki! Plany: jutro rano bierzemy paliwo, wodę, prognozę pogody – i żeglujemy w kierunku Galapagos!

Ahoj, kochani! A&A

 

Pacyfik, 25.03.2010
Mantra Asia opuściła Panamę. Na początek wpadła w sieci, na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Pozdrowienia, Kaz Bilyk

Kaz Bilyk załączył w mailu mapę przedstawiającą pozycję jachtu z dnia 25.03.2010 – Pozycja  MantryAsi

25.03.2010
Poniżej relacja otrzymana bezpośrednio od Alka
25,03., g.0530 (LT Panama), poz. 07 57,295N, 079 49,069W. Wczoraj, o 17.45 wyszliśmy z Flamenco Marina, po pobraniu paliwa i wody; z pontonu wyciśnięte powietrze, i do bakisty: długo teraz nie będzie potrzebny: kurs prosto na Galapagos! Pacyfik powitał nas silnym wiatrem z rufy i spora fala; na samym zarefowanym do 3 refa grocie idziemy 7w! Nagle, po 3 godzinach żeglugi: stoimy! Wiatr i fala nas gna, wydaje się, ze płyniemy, ale prędkościomierz pokazuje 0. Sieci! Wpadliśmy w nieoznakowane sieci, już widać liny przy jachcie. Próby wyjścia na żaglach, czy ostrożnie na silniku (żeby się sieci nie wplątały w śrubę) spełzły na niczym. Bierzemy się za ciecie linek. Przy okazji, trzymaliśmy w rękach dorodna rybę, ale kto by w takiej sytuacji myślał o kolacji.
Tymczasem, pojawiło się nagle niedaleko od nas białe światło: to rybacy. Wcześniej widzieliśmy w oddali dziwne światło: szybkoblyskajace niebieskie. Nic takiego nie jest znane z map, na naszych mapach elektronicznych tez nic takiego nie ma, ale skoro jest w rzeczywistości, to na wszelki wypadek okrążamy je z daleka. Tymczasem to niebieskie światło zapaliło białe światła, i zaczęło powoli wybierać sieci, zbliżając się do nas. Zaprzestaliśmy w tej sytuacji ciecia sieci. Rybacy, na odkrytej malej łódce zbliżyli się do nas, słyszeliśmy glosy „jate, jate!”, powoli wybrali sieci – i nagle czujemy, ze jesteśmy wolni! Co za fantastyczne uczucie! Wniosek: w krajach i rejonach, gdzie każdy (na morzu) robi co mu się podoba, lepiej nie żeglować nocą blisko brzegów, lepiej nie wychodzić na noc: potem, w oddali widzieliśmy jeszcze wiele dziwacznie oświetlonych jednostek – jak podejrzewamy, były to kolejne lodki rybackie. Aha, a Jeszce przed wpadnięciem w sieci, czuliśmy wyraźny zapach ryby: czyli, odkryliśmy kolejny sposób nawigowania: na nosa… Teraz już robi się widno, i znowu czuje rybę! Zostawić trzeba komputer, i na pokład: jest cudownie, słonko wschodzi, a my silnikujemy (bo od paru godzin nie ma wiatru, ale w tych rejonach tak jest, spodziewaliśmy się tego) – na Galapagos!

Ahoj!”

 

Pacyfik, 26.03.2010
Mantra Asia wpłynęła w obszar ciszy, niestety trzeba motorować. Do Galapagos około 650 Mil.

Pozdrowienia, Kaz Bilyk

Kaz Bilyk załączył w mailu mapę przedstawiającą pozycję jachtu z dnia 26.03.2010 -Pozycja MantryAsi 26.03.2010, a poniżej relacja otrzymana bezpośrednio od Alka: 26.03., g.1530 (LT Panama), poz. 06 12,7 N; 81 19,6 W. Pusty ocean. Skończyły się statki i rybacy. Nie ma tez ptaków: w Panamie latały nad nami orły i kondory, pelikany i cudownie szybujące w powietrzu fregaty. Teraz nic, wszystkie ciekawe zwierzątka dopiero przed nami. Do Galapagos ok. 650 mil, sporo silnikujemy, ale udaje nam się jednak trochę pożeglować na słabym wietrze – minionej nocy żeglowaliśmy ok. 4w, przy wietrze 6w – to plusy małego i lekkiego jachtu, jak Mantra. Płynęliśmy po zupełnie gładkiej jak lustro woda, księżyc prawie w pełni – ślicznie! Wiadomo, ze w tych rejonach, w stronę Galapagos i Równika, na ogol nie ma wiatru, trzeba dopłynąć do pasatu. Tymczasem udaje nam się sporo żeglować. Asia w swoim samotnym non-stop rejsie miała gorzej, było to dla niej nader frustrujące, bo wiatru nie było i nie było – a przy założeniu nie wchodzenia do portów, paliwa miała tyle, ile miała: 500 litrów, i musiało jej to starczyć na cale wokółziemskie kolko (i starczyło!), bo nie będzie możliwości uzupełniania zapasów (to właśnie jest bodaj najważniejszym i najtrudniejszym elementem i wyznacznikiem rejsu non-stop), tymczasem, od razu na początku rejsu musiała silnikowa, by jednak dotrzeć do pasatu. My teraz nie przejmujemy się paliwem: jak się da, to żeglujemy (ok. południa mieliśmy nawet ulewę i 20w z tylu, ale krótko), ale jak wiatru za mało, to włączamy dzielnego Yanmara i prujemy do przodu 4,5w, jak teraz, po gładkiej wodzie.

Asia&Alek

 

Pacyfik, 29.03.2010
29.03., 1530 LT (Panama), poz. 03 25,1 N 85 08,9W. Do Galapagos ok. 360 mil. Po ponad dwóch dobach niemal nieustannego silnikowania, nareszcie od ponad doby żeglujemy! Wiaterek slaby, SE 10-12w, ale przy naszym kursie 233st. (pełny bajdewind) i dzięki temu, ze jachcik nasz maleńki i leciutki, żeglujemy z prędkością ponad 4w. Czy to znaczy, ze już przekroczyliśmy obszar ciszy okołorównikowej? – … zobaczymy… Od kilku dni, odkąd żeglujemy po pełnym oceanie, towarzysza nam – niestety – śmieci: czasami przepływają ich cale ławice, czasami pojedyncze sztuki. Głównie, są to rozmaitego rodzaju plastikowe opakowania, oraz klapki typu japonki. I raczej nie są to śmieci wyrzucane przez statki, jako ze od kilku dni nie widzieliśmy żadnego statku; są to śmieci lądowe, wędrujące po oceanie. Śmieci na jachcie, to oczywiście tez problem. My do morza wyrzucamy tylko to, co szybko ulega biodegradacji, czyli papier i puszki (napełniwszy je przedtem woda, żeby szybko zatonęły). Opakowania plastikowe zgniatamy i magazynujemy, a wyrzucamy dopiero na ladzie. Nawet podczas swojego rejsu non-stop, Asia tak robiła – i po 198 dniach rejsu dowiozła do Panamy wszystkiego 4 worki sprasowanych śmieci. A wiec można – ale o problemie śmieci na jachcie trzeba myśleć na etapie robienia zapasów – my podczas zakupów staraliśmy się unikać opakowań, których nie da się wyrzucić za burtę. Ale poza śmieciami, Pacyfik jest piękny, kolor wody atramentowy, woda ciepła, doskonała do kąpieli. Wody słodkiej do mycia się używamy w minimalnych ilościach.

Pozdrawiamy, A & A

 

Pacyfik, 30.03.2010
MantraAsia dzięki dobrej farbie antypasatowej i braku przeciwnych wiatrów szybko się zbliża do Galapagos. Chce zdążyć na Święta Wielkanocne na „Żółwie Pisanki”. Jeszcze tylko 260 Mil do San Cristobal.
Pozdrowienia i Serdeczne Życzenia Świąteczne dla wszystkich odbiorców.

Przesyła Kazimierz Bilyk

Kazimierz Bilyk załączył w mailu mapę przedstawiającą pozycję jachtu z dnia 30.03.2010 -Pozycja MantryAsi

30.03.2010. Poniżej relacja otrzymana od Alka:
30.03., g.1730 LT (Panama), poz. 02 27,6 N 86 39,6W. Minęliśmy dziś żółwia, tuz przy jachcie – to chyba już blisko do Galapagos! (ok. 260 mil). Znowu silnikujemy. Czyli, ciągle jesteśmy w strefie ciszy okołorównikowej. Ale 2 doby na żaglach, to bonus od pogody! W nocy ładnie wiało, a przez całą noc za nami niebo wyglądało niebywale efektownie, z nieustannymi rozbłyskami burzy elektrycznej. Teraz przeszła obok ściana wody, ale nas tylko troszkę pokropiło. Dziś wzięliśmy kąpiel w oceanie, i przy okazji obejrzeliśmy część podwodną Mantry: wygląda super, nic nie porosło powierzchni, pokrytej antyfoulingiem. A malowana była, jeszcze na Florydzie rok temu, po powrocie Asi z samotnego rejsu, i stało to tak na dworze przez cały rok. Kazik i Maciek pomalowali dno farbą Interlux VC Offshore. Bardzo się to sprawdziło, zwłaszcza porównując z dnem naszej dinghy: podczas 2-tygodniowego postoju na kotwicowisku w Colon, dwukrotnie czyściłem dno pontonu, pokryte narostem takich małych, spiczastych muszelek (barnicles, po ang.). Równie niemalowana część burty Mantry pokryła się lekkim narostem zielonych glonów, łatwych do usunięcia. A tam, gdzie był antyfouling – czysto!

Pozdrawiam, Alek

 

Trasa rejsu

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com